30 czerwca 2009

Stół dla Braniewiaków cz. 2

Dzię dobry kochanym blogowiczą, którzy jeszcze nie zasli :)

Ciąg dalszy zmagań ze stołem. Doszedłem do wniosku, że wydanie kilku tysięcy złotych na maszynę stolarską wcale nie gwarantuje dobrej jakości :/ Pomimo, iż poświęciłem kilka godzin na regulację kątów, pionów, poziomów i innych ustawień, to w dalszym ciągu przy obróbce pojawiają się niedokładności. Jednak nie ma to jak narzędzia ręczne... Chcąc "idealnej" dokładności cięcia trzeba by chyba kupić pilarkę za kilkanaście tysięcy... Pytanie, tylko czy to zagwarantowałoby taką dokładność?

Dzisiaj przyszła kolej na koziołki. Pozwoliłem sobie wykorzystać wzór z ikonografii, której przedruk znalazłem w periodyku Dragon wydawanym przez grupę Company of Saynt George. Obok zamieściłem fragment przedruku.
Poniżej widać wstępnie przycięte elementy koziołków. Wydłutowane wpusty na nogi. Muszę jeszcze wykonać wpusty pod łukowe elementy dekoracyjne i czopy na końcówkach nóg. Będzie trochę zabawy z dłutem i ze spasowaniem :/

Tak mniej więcej będą wyglądały koziołki. W poprzednich wersjach nogi były trochę cieńsze i węższe. Obecna wersja będzie bardziej stabilna i chyba odrobinę bardziej "przyjazna dla oka"








Cdn.

Kącik humorystyczny cz. 2

Kolejny cytat z Sapkowskiego. Z "Czasu pogardy", kiedy to poeta Jaskier w poszukiwaniu Geralta musiał przekroczyć rzekę Wstążkę na swoim wiernym rumaku Pegazie i wjechać do lasu Brokilon. Zamieszkujące Brokilon driady były - delikatnie mówiąc - bardzo niechętne jakimkolwiek odwiedzającym. Jaskier zbliżał się do rzeki i chcąc dodać sobie odwagi, zaczął układać balladę...

"(...) - Jechał bohater... - wymamrotał Jaskier, wycierając zlany zimnym potem kark wyciągniętą zza pazuchy chustką. - Nieustraszenie jechał przez uroczysko, nie bacząc na skaczące płazy i latające smoki... Jechał i jechał... Aż dotarł nad niezmierzony przestwór wód...
Pegaz parsknął i zatrzymał się. Byli nad rzeką, wśród trzcin i oczeretów sięgających powyżej strzemion. Jaskier otarł spocone powieki, zawiązał chustkę na szyi. Długo, aż do załzawienia oczu wpatrywał się w gęstwę olszyn na przeciwległym brzegu. Niczego i nikogo nie dostrzegł. Powierzchnię wody marszczyły poruszane prądem wodorosty, tuż nad mim śmigały turkusowo-oranżowe zimorodki. Powietrze migotało od rójki owadów. Ryby połykały jętki, zostawiając na wodzie wielkie koła.
Wszędzie, jak okiem sięgnąć, widać było bobrze żeremia, kupy naciętych gałęzi, zwalone i poogryzane pnie, omywane leniwym nurtem. Ależ tu jest bobrów, pomyślał poeta, niewiarygodne bogactwo. I nie dziwota. Nikt nie niepokoi cholernych drzewogryzów. Nie zapuszczają się tu zbójcy, łowcy ani bartnicy, nawet wszędobylscy traperzy nie zastawiają tu sideł. Ci, którzy próbowali, dostali strzałę w gardło, raki oszczypały ich w przybrzeżnym mule. A ja, idiota, pcham się tu z nieprzymuszonej woli, tu, nad Wstążkę, nad rzekę, nad którą unosi się trupi smród, którego nie zabija nawet zapach tataraku i mięty...
Westchnął ciężko.
Pegaz powoli wstąpił w wodę przednimi nogami, opuścił pysk ku powierzchni, pił długo, potem odwrócił łeb i popatrzył na Jaskra. Woda ciekła mu z pyska i nozdrzy. Poeta pokiwał głową, westchnął ponownie, głośno pociągnął nosem.
— Spojrzał bohater na wzburzony odmęt — wydeklamował z cicha, starając się nie szczękać zębami. — Spojrzał i ruszył naprzód, albowiem serce jego nie znało trwogi.
Pegaz zwiesił łeb i uszy.
— Nie znało trwogi, mówię.
Pegaz potrząsnął łbem, dzwoniąc kółkami wodzy i munsztuka. Jaskier szturchnął go piętą w bok. Wałach wkroczył w wodę z patetyczną rezygnacją.
Wstążka była płytka, ale bardzo zarośnięta. Nim dotarli do środka nurtu, za nagami Pegaza wlokły się już długie warkocze zielska. Koń stąpał powoli i z wysiłkiem, przy każdym kroku usiłując strząsnąć krępujące go wodorosty.
Szuwary i olszyny prawego brzegu były już niedaleko. Tak niedaleko, że Jaskier poczuł, jak żołądek opuszcza mu się nisko, bardzo nisko, aż do samego siodła. Miał świadomość, że na środku rzeki, uwięźnięty w zielsku, stanowi wyśmienity, niemożliwy do spudłowania cel. Oczyma wyobraźni widział już wyginające się obłęki łuków, napinające się cięciwy i ostre groty wymierzonych w siebie strzał.
Ścisnął boki konia łydkami, ale Pegaz miał to gdzieś. Zamiast przyspieszyć, zatrzymał się i zadarł ogon. Jabłka nawozu chlupnęły w wodę. Jaskier jęknął przeciągle.
- Bohater - wymamrotał, przymykając oczy - nie zdołał sforsować huczących porohów. Zginął śmiercią walecznych, przeszyty mnogimi pociskami. Na wieki skryła go modra toń, utuliły go w objęciach glony, zielone jak nefryty. Przepadł po nim ślad wszelki, ostało jeno końskie gówno, niesione nurtem ku dalekiemu morzu..."

26 czerwca 2009

Stół dla Braniewiaków

Trzej rycerze waleczni na pomorzu słyną. Hasson III, Wedegon V a Titze I. Ród ich von Wedel. Są owi zacni panowie przyjaciółmi mojemi. Tedy utrzymania dobrych relacyj chcąc zadość uczynić stół solidny a praktyczny uczynić dla nich postanowiłem. Zawżdy łacniej po swojej stronie ich mieć niźli przeciw sobie. W cyrkumstancjach owych destynacyję na werksztat obrałem a co rychlej do pracy się zabrałem.... nooooo.... może nie tak rychło, ale zabrałem jednakowoż.
Trzeba rzec jeszcze, że rycerze owi, z wielkiej wspaniałomyślności słyną. Roku łońskiego, przed bitwą pod Tannenbergiem, przez pogan bitwą pod Grunwaldem zwaną, stojąc w obozie, zacni ci panowie wyraz hojności swojej chcąc dać, piękną OBORĘ ufundowali. Wieść niesie, że sam Marszałek Frideric von Wallenrode ich w tym przedsięwzięciu wspierał.
.
No dobrze. Teraz trochę na poważnie. Przedmiotem projektu jest zwykły stół. Blat z usztywnieniami na jaskółczy ogon i na dwóch kozłach mocowanych do blatu przy pomocy wałków. Wykończony w standardowy gotycki sposób.




Typowe łuki gotyckie na listwach usztywniających, mocowanych na jaskółczy ogon.







Tego typu łączenia były stosowane dość często w średniowieczu. Przykłady można spotkać nawet w ikonografii. Podpórka półki ściennej jest zamocowana właśnie w taki sposób:










Krawędź blatu jest również wykończona w sposób często stosowany w tamtym okresie. Podobnie jak w przypadku tego stołka:









Poniżej jeszcze "rzut oka" na listwę i sposób łączenia. Oczywiście bez kleju, tylko na wcisk. Podstawowym błędem początkujących stolarzy jest łączenie dwóch elementów o prostopadłym kierunku włókien przy pomocy kleju. Takie połączenie zakończy się na 95% rozszczepieniem któregoś z elementów. Wiadomo, że drewno "pracuje" przez cały czas, niezależnie od długości sezonowania. Nawet kilkusetletnie potrafi się odrobinę rozszerzać pod wpływem zmian wilgotności. W tym przypadku nastąpiłoby pęknięcie blatu. Dlatego w tego rodzaju połączeniach nie należy stosować kleju, bądź stosować go tylko w jednym punkcie (np. po środku blatu, na odcinku kilku centymetrów).
Cdn.